Mój pobyt w więzieniu

Sylwetka Gyatso przed lodowym ogrodzeniem w zimie.

Gyatso, stażysta w opactwie, udał się z Czcigodnym Jigme na obchody Dnia Wesak w średnio strzeżonym więzieniu w południowo-wschodnim stanie Waszyngton. Dzieli się swoim doświadczeniem jako ktoś, kto odbywa swoją pierwszą wizytę w więzieniu.

Gdy mechaniczny pomruk i trzask grubych przesuwanych drzwi za mną rozbrzmiewał, pewien ciężar tej chwili zaczął ciążyć na mnie jak koc. Czekały na mnie kolejne grube drzwi, a otoczyło mnie ogrodzenie, warstwa po warstwie drutu kolczastego, szare kamienne ściany i inne odcienie szarości. Miałem właśnie po raz pierwszy w życiu dobrowolnie wejść do więzienia o średnim rygorze we wschodnim Waszyngtonie, na zaproszenie buddyjskich więźniów i kapelana na ich doroczne święto Wesak.

Próbowałem wejść bez żadnych oczekiwań ani z góry przyjętych wyobrażeń o tym, co będzie, ponieważ miałem niejasne podejrzenie, że rzeczywiste doświadczenie ich zmiażdży. Kilkadziesiąt lat funkcjonowania środków masowego przekazu sprawiło, że nie można było wejść z czystą kartą. Dorastałem wśród „wojny z narkotykami”, „3 strajki i odpadasz” i innych środków przeciwko przestępczości, których indoktrynujące skutki powoli usuwałem w myślach. Od tygodni oczekiwałem tego dnia, zastanawiając się, jak by to było stanąć w więzieniu i uścisnąć dłoń ludziom, którzy zostali bezceremonialnie odrzuceni przez społeczeństwo.

Kiedy Czcigodny Jigme wszedł do środka, aby spotkać się z kapelanem i innym ochotnikiem, koc i towarzyszące mu wahanie wyparowały, ich ciepłe, swobodne uśmiechy rozbroiły mnie i odprężyłem się w uśmiechu, który, jak wiedziałem, będzie mi dobrze służył przez cały dzień. Rozmawialiśmy jak starzy przyjaciele, doceniając całą ciężką pracę, jaką włożono w umożliwienie tego dnia, mając nadzieję, że będzie to bardzo korzystne dla wszystkich. Podekscytowanie narastało, gdy zbliżaliśmy się do budynku, w którym mieliśmy się zatrzymać na ceremonię.

Kiedy sala wypełniła się po brzegi około 50 więźniami i 5 wolontariuszami, było w niej tyle energii i radości, co podczas zjazdu rodzinnego lub sąsiedzkiego pikniku. Mężczyźni w każdym wieku, rasy, pochodzenia etnicznego, wzrostu i religii ustawiali się w kolejce, aby uścisnąć sobie dłonie, uściskać i ciepło pozdrowienia. Wszyscy byli tak różni, ale cechą wspólną, która mnie uderzyła, były ciepłe uśmiechy, którymi dzielili się w całym pokoju. Ta chwila złamała tak wiele z góry przyjętych wyobrażeń, które nagromadziłem przez całe życie. Rozgrzało to moje serce i umocniło mnie w przekonaniu, że wszystkie czujące istoty mają zdolność bycia Buddą. Uświadomiłem sobie, że byłem w więzieniu z ponad 50 mężczyznami skazanymi za nieznane przestępstwa, bez żadnego funkcjonariusza w zasięgu wzroku, i czułem się całkowicie zrelaksowany i wygodny. Cóż za piękny dzień radości, dzielenia się Dharmą i łączenia się z innymi. Mogłem uzyskać więcej z wizyty niż ktokolwiek inny i nie mogę się doczekać powrotu w najbliższej przyszłości.

Klasztory opactwa Sravasti

Mnisi z opactwa Sravasti starają się żyć szczodrze, poświęcając swoje życie naukom Buddy, gorliwie je praktykując i ofiarowując je innym. Żyją prosto, tak jak Budda, i oferują model dla społeczeństwa jako całości, pokazując, że dyscyplina etyczna przyczynia się do moralnie ugruntowanego społeczeństwa. Poprzez aktywne rozwijanie własnych cech miłującej dobroci, współczucia i mądrości, monastycy dążą do uczynienia opactwa Sravasti latarnią morską pokoju w naszym targanym konfliktami świecie. Dowiedz się więcej o życiu monastycznym tutaj...

Więcej na ten temat